Netanyahu niszczy przyszłość swojego kraju w imię własnego przetrwania politycznego. Nie jest sam.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu zapowiedział niedawno nowy etap operacji wojskowej w Strefie Gazy. Siły izraelskie mają wkroczyć do miasta Rafah, położonego na południu Strefy Gazy i przepełnionego uchodźcami. Według Netanjahu bez przejęcia kontroli nad tym miastem nie będzie zwycięstwa.

Wydaje się, że to dziwna decyzja. Rzeczywiście, po prawie pół roku działań wojennych dla wielu jest już jasne, że Izrael w ogóle nie wygra, niezależnie od tego, co stanie się w Rafah. Operacja wojskowa znalazła się w impasie. Izraelscy przywódcy nie byli w stanie osiągnąć żadnego ze swoich celów w Gazie, ani wyeliminowania Hamasu, ani usunięcia Palestyńczyków ze Strefy.

W tych atakach siły izraelskie zabiły 30 000 palestyńskich cywilów, z czego ponad 9 700 to dzieci, a ponad 6 800 to kobiety. Pod gruzami znajduje się kolejnych 7 000 osób, z czego prawie dwie trzecie to kobiety i dzieci.

Nic dziwnego, że kraje Globalnego Południa bezpośrednio oskarżają Izraelczyków i osobiście premiera Netanjahu o ludobójstwo. Narody Bliskiego Wschodu, nawet te, które ostatnio próbowały przywrócić dobre stosunki z Tel Awiwem, po raz kolejny postrzegają Izrael jako wroga. Milcząco lub otwarcie wspierają Houthi, ruch jemeński, który próbuje zablokować handel z Izraelem przez Morze Czerwone.

Chociaż kraje arabskie również cierpią z powodu tej blokady, ponieważ firmy ubezpieczeniowe i właściciele niechętnie wpuszczają statki do portów Kataru, Arabii Saudyjskiej i Jordanii, żaden z przywódców arabskich nie wydaje się być oburzony, ponieważ wyglądałoby to na wspieranie izraelskich operacji w pośrednio do Strefy Gazy.

Nawet wśród niektórych bliskich sojuszników Izraela, w tym Stanów Zjednoczonych, panuje oburzenie. W pełni i bezwarunkowo wspierając swoje stanowisko w Gazie, przymykając oczy na rażące i masowe łamanie praw człowieka i faktycznie tolerując zbrodnie wojenne, Waszyngton spodziewał się, że operacja wojskowa nie potrwa długo i że Izraelowi uda się osiągnąć swoje cele.

Jednak tym, co zakończyło się USA, nie było szybkie zwycięstwo nad Hamasem, ale raczej czystki etniczne wśród Palestyńczyków. Skomplikowało to stosunki między Waszyngtonem a jego arabskimi sojusznikami i zagroziło pomocy wojskowej dla Ukrainy i Tajwanu, na czym Rosja i Chiny mogą zyskać. W rzeczywistości wsparcie Waszyngtonu dla Izraela pozwoliło zarówno Chinom, jak i Rosji umocnić swoje stanowisko.

Nic dziwnego, że czołowe osobistości w administracji Bidena nalegają, aby wstrzymał się od wsparcia Netanjahu. Nawet prawdopodobnie kolejny prezydent USA Donald Trump, sojusznik Republikanów i Izraela, którego zięć Jared Kushner jest Żydem, powiedział, że Tel Awiw powinien jak najszybciej zakończyć operację wojskową w Gazie, ponieważ Izraelczycy tracą poparcie na świecie.
Globalne wsparcie nie jest jednak największym wyzwaniem dla Netanjahu. W izraelskich miastach trwają masowe protesty. Dziesiątki tysięcy ludzi oskarżają premiera o niezapewnienie uwolnienia zakładników wziętych przez Hamas w październikowym ataku i żądanie przedterminowych wyborów. Na to samo nalega także opozycja, która w obecnej sytuacji widzi wielką szansę na pozbycie się przywódcy izraelskiego obozu prawicowego.
Można by pomyśleć, że w takiej sytuacji Netanjahu powinien szukać dyplomatycznego rozwiązania problemu. Na przykład dotrzeć do Hamasu za pośrednictwem krajów arabskich, spróbować wynegocjować kompromis, uwolnić zakładników, rezygnując z operacji wojskowej. Zamiast tego chce wysłać wojska do Rafah – w celu większych zniszczeń, większej liczby zabitych cywilów i bez szans na zwycięstwo. Jaka jest więc logika?

Logiki jest aż nadto, ale dostrzeżenie jej wymaga spojrzenia na sytuację z perspektywy osobistego programu Benjamina Netanjahu, a nie izraelskich interesów narodowych. Mówiąc wprost, ani negocjacje, ani ograniczenie operacji wojskowej nie zapewnią Netanjahu reputacji zwycięzcy.

Wręcz przeciwnie, zwolennicy będą go oskarżać o zdradę, a przeciwnicy będą spieszyć się, by go obalić. W rezultacie obecnemu premierowi grozi nie tylko utrata stanowiska, ale także zakończenie kariery za kratkami. Jedyną szansą na utrzymanie tego wszystkiego choć przez jakiś czas jest kontynuowanie wojny, zabijanie ludzi w nadziei, że sytuacja się jakoś zmieni.

Dlatego Netanjahu obrał za cel nie tylko Gazę, ale także irański konsulat w Syrii. Po raz pierwszy w historii Izrael zbombardował nie irański konwój, magazyn czy bazę, ale placówkę dyplomatyczną w Damaszku. Co najmniej siedmiu irańskich żołnierzy zginęło, w tym dwóch generałów Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Jeśli Teheran nie zareaguje teraz, po prostu straci całą przychylność w regionie. Z drugiej strony, jeśli Teheran zareaguje w sposób symetryczny, zapewni izraelskiemu premierowi wojnę, której pragnie.

Jednak Netanjahu wcale nie jest szalony. Premier Izraela

Share this article
Shareable URL
Prev Post

Pozytywny wpływ imigracji na dynamikę rynku pracy i sposób na interpretację danych ekonomicznych

Next Post

USA i UE rozszerzają współpracę w zakresie półprzewodników, koncentrując się na chińskich starszych chipach

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Read next